Wybierz region

Wybierz miasto

    Muzyka do patrzenia

    Autor: Maria Zawała

    2005-04-29, Aktualizacja: 2005-04-28 19:35 źródło: Dziennik Zachodni

    Witraże są jak dzieci – zwykł mawiać Wiktor Ostrzołek, artysta z Katowic, który kocha je wszystkie, a najbardziej te, co jeszcze są w jego głowie. Teraz układa w niej kolejne Madonny Europy.

    Witraże są jak dzieci – zwykł mawiać Wiktor Ostrzołek, artysta z Katowic, który kocha je wszystkie, a najbardziej te, co jeszcze są w jego głowie. Teraz układa w niej kolejne Madonny Europy. Te z sanktuariów w Mariazell w Austrii i Einsiedeln w Szwajcarii. Wkrótce dołączą do tych z Fatimy, Lourdes i Loreto, które już znalazły się w kołobrzeskiej konkatedrze. – Pomysł powstał w 1980 roku. Jeszcze się nikomu wtedy w Polsce nie śniło o zjednoczonej Europie – mówi.


    W 1987 roku skrzętnie ukryty wyjechał z jego katowickiego domu do Rzymu projekt witrażu Matki Boskiej Kozielskiej. Włoscy artyści-rzemieślnicy zrobili na jego podstawie wspaniały witraż do kościoła św. Stanisława w Rzymie. Gdyby Służba Bezpieczeństwa znała plany artysty, na pewno by mu w tym przeszkodziła.

    Zlecenie na wytrzaskane okna
    Wiktor Ostrzołek urodził się w górniczej rodzinie w Radlinie-Biertułtowach. Większość mężczyzn, włącznie z jego bratem, pracowała w kopalni. Właściwie prawie pewne było, że i on zjedzie kiedyś na dół, ale dzięki nauczycielce polskiego, która dostrzegła w nim talent, stało się inaczej. Trafił do krakowskiego Liceum Sztuk Plastycznych, gdzie nauczył się fachowego rysunku, malarstwa, grafiki, projektowania form przestrzennych.

    „Z czego ty, synek, będziesz żył?” – pytał go nie tylko ojciec, martwiąc się o przyszłość. Ale studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych dały Wiktorowi staranne wykształcenie. Dzięki talentowi, pracy i odrobinie szczęścia zaczął zarabiać na chleb robiąc to, co lubił, choć nie od razu witraże. – Miałem przyjaciół wśród studentów Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. Spotkałem tam wielu kolegów z rodzinnych stron, m.in. Benedykta Woźnicę, późniejszego prałata, Damiana Zimonia, obecnego metropolitę katowickiego oraz Stanisława Świerczyńskiego, który gdy został wikarym w Pszowie, polecił mnie swojemu proboszczowi, kiedy ten szukał kogoś, kto zaprojektuje mu wytrzaskane w czasie wojny okna w kościele – opowiada Ostrzołek.

    To było jego pierwsze zlecenie na witraż, którym zainteresował go na krakowskiej akademii wielki mistrz tej sztuki Adam Stalony-Dobrzański. Zresztą Kraków to także miasto Wyspiańskiego i Mehoffera, autorów najbardziej znanych polskich witraży.

    Szkiełko do szkiełka
    Najpierw powstaje wizja witraża, potem szkice, dalej projekt w dużym pomniejszeniu, następnie kolorowy karton w skali 1:1. Kiedy Ostrzołek skończy go malować, a tylko on wie, kiedy nastaje taki moment, ogromny karton trafia do pracowni witraży artystycznych, gdzie drobne szkiełka łączą się w całość, by w końcu ubogacić jakieś wnętrze feerią barw.

    – Światło i kolor mnie urzekają. Do dziś, gdy maluję, myślę tylko o tym, jaki klimat stworzyć, bo przecież witraż daje wnętrzu duszę. Jak zagrają w kościele organy, człowiek odrywa się od rzeczywistości. Moim dążeniem jest, by witraże też tworzyły muzykę, tylko taką, którą się ogląda – wyznaje Wiktor Ostrzołek. Choć od 1957 roku, gdy powstał jego pierwszy witraż, minęło już prawie 50 lat, nic się nie zmieniło. Ciągle tak samo poszukuje barw. Wiele razy rzucał nawet szkłem o ziemię, by poznać jego tajemnice, zobaczyć jak roztrzaskuje się na najdrobniejsze kawałeczki. Kiedy artysta czuje, że coś zaczyna mu iść zbyt łatwo, bojąc się rutyny, natychmiast stara się szukać innych środków wyrazu.

    Katedry i kościółki
    – Każdy witraż jest dla mnie jednakowo ważny. Z takim samym szacunkiem podchodzę do małych okien w niewielkich kościółkach, jak do wielkich realizacji w katedrach i bazylikach – mówi artysta. Ale to dzięki tym małym dostawał zlecenia na te wielkie. Witraże, które jak twierdzi, były dla niego wyjątkowo trudne, znajdują się w kaplicy Kurii Archidiecezjalnej w Katowicach, po obu stronach witraży Stanisława Wyspiańskiego. – Trzeba było tworzyć tak, żeby z jednej strony zachować szacunek dla mistrza Młodej Polski, a z drugiej własną tożsamość twórczą. Wiele wyobraźni kosztowało też Ostrzołka wykonanie witrażu do wysokiego 22-metrowego okna Bazyliki Mariackiej w Gdańsku. Jednak nic nie może się równać z bardzo kolorowymi witrażami wielkiego kościoła na warszawskich Stegnach. Któregoś dnia w sierpniu 1996 roku zadzwonił do niego z Warszawy ksiądz proboszcz Tadeusz Mierzwiński mówiąc, że księża marianie mają bardzo poważne zadanie witrażowe. Gdy potwierdził, że podjąłby się jego wykonania, proboszcz zapytał, kiedy mogliby się spotkać w Katowicach. Ponieważ Ostrzołek miał zaplanowany wyjazd do Warszawy, zaproponował spotkanie na Stegnach. Ksiądz Mierzwiński obstawał jednak przy swoim, a przyczyna, dla której dążył do spotkania w Katowicach była taka, że marianie chcieli zobaczyć go na własne oczy, jako że ktoś „poinformował” ich, że to staruszek, a zadanie było wielkie i planowane na wiele lat.

    „Witraże zaprojektowane przez Ostrzołka na Stegnach dodały wnętrzu atmosferę niebiańską. Wytworzyła się oaza skupienia” – napisano w wydanym potem albumie.

    – Jestem człowiekiem wierzącym. Wiara to znakomita poręcz. Jak się idzie przez życie, zawsze można się jej złapać – przyznaje Wiktor Ostrzołek, dodając jeszcze jedno znane powszechnie życiowe motto: Jak nie wiesz, co powiedzieć, powiedz prawdę, a jak nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie.

    To dzięki temu, że swego czasu wybawił z drogowych kłopotów w Bułgarii pewnego Francuza, jak się okazało, bardzo wpływowego człowieka, zyskał nowe grono przyjaciół.

    – Kocham ludzi, brzydzę się uprzedzeniami. Dobrze czuję się w każdym kraju – mówi artysta, którego drugą pasją są podróże. Teraz wybiera się znowu w świat. – Mam dopiero 70 lat. Jak będę stary, nie dam już rady tak jeździć.

    Dla odprężenia maluje akwarele, które wiszą w jego domu. Nie wystawia ich ani nie sprzedaje. Można tylko dostąpić zaszczytu i dostać je w prezencie. Akwarele są jego radością, dają poczucie twórczej wolności.

    – Zawsze pamiętam, że wyszedłem ze skromnego domu do świata, który otworzyli przede mną życzliwi ludzie. Ja im tylko pomogłem, bo mam obsesję na punkcie twierdzenia, że szczęściu trzeba pomagać. Swoją pracą wyszedłem poza ten region, ale nigdy nie zapomnę, że tu na Śląsku się urodziłem, wychowałem. Tu są moje korzenie.




    Witold Ostrzołek
    Absolwent krakowskiej ASP (1951-1957), był uczniem wielu profesorów, w tym witrażowników Adama Stalony-Dobrzańskiego i Macieja Makarewicza. Począwszy od 1957 roku zrealizował witraże w ponad 150 świątyniach, w tym m.in. w katedrach w Poznaniu, Szczecinie, Gorzowie Wielkopolskim i Kołobrzegu, bazylikach w Gdańsku i Kalwarii Zebrzydowskiej, sanktuarium św. Faustyny w Krakowie-Łagiewnikach. Znaczna część jego prac znajduje się na Śląsku oraz w domach prywatnych w wielu krajach.

    Projektuje też mozaiki, polichromie, płaskorzeźby, druki okazjonalne, papiery i znaki firmowe, godła, herby biskupie i pieczęcie, zajmuje się grafiką książkową, metaloplastyką, wystrojami wnętrz, wykonuje sgraffita, zaprojektował nawet wieżę kościelną w Mikołowie Śmiłowicach.

    Sonda

    Czy nasi chłopcy w Korei strzelą jakiegoś gola?

    • Strzelą, ale sami sobie (32%)
    • Nie strzelą żadnego gola (32%)
    • Mogą powalczyć o awans (21%)
    • Niejednego, jeszcze wyjdą z grupy (15%)