Wybierz region

Wybierz miasto

    Studenckie praktyki robotnicze były w latach 70. nieodłącznym elementem nauki w szkołach wyższych

    Autor: Monika Krężel

    2007-08-17, Aktualizacja: 2007-08-17 08:16 źródło: Dziennik Zachodni

    Marek Kopel, prezydent Chorzowa, w czasach studenckich kopał rowy pod fundamenty kempingu "Skalite" w Szczyrku. Jolanta Kopiec, dyrektor śląskiego ogrodu zoologicznego, pracowała w fabryce obuwia w Bydgoszczy.

    Marek Kopel, prezydent Chorzowa, w czasach studenckich kopał rowy pod fundamenty kempingu "Skalite" w Szczyrku. Jolanta Kopiec, dyrektor śląskiego ogrodu zoologicznego, pracowała w fabryce obuwia w Bydgoszczy. Obowiązkowe w latach 70. studenckie praktyki robotnicze, tzw. SPR-y, były prawdziwie znienawidzone przez świeżo upieczonych studentów. Choć dzisiaj wspomina się je raczej z sentymentem...

    W PRL-u roku nikogo nie dziwił student ubrany w drelich i walonki, a do tego ciężko pracujący fizycznie. Władza miała jeden cel: nauczyć młodych pracy, żeby im się w głowach nie poprzewracało. Tak jak podczas demonstracji w 1968 roku.

    Przebieranie w garnkach

    - Miałem właśnie taki szary uniform, by w nim na tzw. praktyce roku zerowego kopać rowy pod kemping "Skalite" w Szczyrku. Te domki stoją do dzisiaj i zawsze, jak obok nich przejeżdżam, myślę sobie: "okopałem pod nie fundamenty" - opowiada prezydent Chorzowa Marek Kopel. W październiku 1974 r. miał rozpocząć studia na kierunku organizacja produkcji na Politechnice Śląskiej, a we wrześniu kopał rowy.

    Na wyższych latach studiów praktyki miały już inny charakter. - Wysłano mnie wówczas do fabryki garnków w Rybniku. Pamiętam, że przebieraliśmy w garnkach, wyłapywaliśmy uszkodzenia. Ale trzeba było równocześnie napisać pracę na temat jakości produktów wytwarzanych w fabryce - podkreśla prezydent Kopel.

    Elżbieta Gowin, rzecznik katowickiej Izby Celnej, tuż przed rozpoczęciem studiów na kierunku filologia polska w Uniwersytecie Śląskim trafiła do Cieszyna. Czekało ją tam sprzątanie i mycie okien w akademiku. - Koleżanka, która zdała egzaminy na historię, pracowała w sklepie - opowiada Elżbieta Gowin. - Nawet nie pamiętam, czy dostałam za to jakieś wynagrodzenie. Dzisiaj ze znajomymi wspominamy te czasy z rozrzewnieniem. Może dlatego, że byliśmy młodzi, a młodość tak się wspomina - dodaje.

    Prof. Violetta Skrzypulec, ginekolog, endokrynolog, w 1977 r. rozpoczęła studia w Śląskiej Akademii Medycznej. Podczas wakacji pracowała w dziekanacie uczelni przy ul. Poniatowskiego w Katowicach. - Odkurzałam gabinet rektora, ścierałam kurz i przyklejałam tony znaczków na listy - wspomina pani profesor. - Moi koledzy trafili na budowę w Ligocie, gdzie powstawały budynki akademickie.

    Tajne przez poufne

    Marszałek województwa śląskiego Janusz Moszyński praktykę odbył w Zakładach Mechanicznych Bumar Łabędy w Gliwicach. Był lipiec 1975 roku, właśnie dostał się na ówczesny Wydział Architektury i Budownictwa Politechniki Śląskiej.

    - Do dzisiaj się zastanawiam, jak do takiego zakładu typu "tajne przez poufne" można było wpuścić studentów. Oficjalnie produkowano tam koparki budowlane, ale tak naprawdę chodziło o czołgi - mówi marszałek Moszyński. - Pracowałem w magazynie części zamiennych do czołgów. Prawdę powiedziawszy, studenci byli tam traktowani na zasadzie: przynieś, wynieś, pozamiataj. Przynosili wiącej szkody niż pożytku - opowiada.

    Jakiegokolwiek wynagrodzenia marszałek sobie nie przypomina. - Chyba z tego powodu, że było tak niewielkie - uśmiecha się. - Swoją praktykę pamiętam jeszcze z innej sytuacji. Pewnego dnia robotnik przewożący czołg zahaczył nim o konstrukcję wiaty. Nigdy wcześniej ani później nie uciekałem tak szybko po drabinie - śmieje się.

    Oprócz praktyki w Bumarze, marszałek sprzątał również nowo wybudowany gmach Wydziału Mechaniczno-Technologicznego Politechniki Śląskiej. - Tam przynajmniej sens pracy był większy - uważa.

    Bumarowskie praktyki trwały około dwóch lat. - Potem zdaje się, że jakaś ekipa wywróciła dźwig i już nie chcieli w zakładzie studentów - mówi marszałek Janusz Moszyński.

    Klerycy poznają smak wojska

    Praktyki albo długa służba wojskowa nie ominęły kleryków. - We wrześniu 1974 roku byłem w gronie przyjętych na teologię w śląskim seminarium, które miało wówczas siedzibę w Krakowie. Tymczasem już w październiku wciągnięto mnie do wojska - wspomina ks. Piotr Brząkalik, duszpasterz trzeźwości archidiecezji katowickiej. - Każdy kto miał kategorię A, otrzymał powołanie. Oczywiście biskup interweniował, chodziło o odroczenie. I zwykle władza, chyba w przypływie miłości do bliźniego, darowała służbę wojskową połowie zgłoszonych. Tak było też w przypadku mojej grupy. Na 24 studentów pierwszego roku do wojska zabrano 12, w tym mnie.

    Ksiądz Brząkalik trafił do jednostki w Bartoszycach. - Oprócz słuchaczy seminariów z całej Polski połowę składu stanowili sympatycy ZSMP, przyszli członkowie partii. Z ich strony czuć było niechęć, ale tylko do pierwszego alarmu. Potem wszyscy byli równi - śmieje się dzisiaj ks. Brząkalik.

    W latach 70. trzy jednostki wojskowe w Polsce przyjmowały księży. Były to Bartoszyce, Brzeg na Opolszczyźnie i Podjuchy koło Szczecina. - Moja służba przypadała na połowę lat 70., czyli epokę Gierka, dżinsów i coca-coli. Władza próbowała nas, 19-, 20-letnich chłopaków przekonać do socjalizmu - wspomina ks. Brząkalik. - Przypominam sobie także, jak młodzi ludzie byli wzywani na rozmowy do zastępcy dowódcy kompanii ds. politycznych. I jedyny Pan Bóg chyba wiedział, co ten człowiek wpisywał do raportu - opowiada.

    Przyszli księża odbywali również 10-miesięczne praktyki - w kopalniach, na poczcie. - Miały one miejsce po trzecim roku seminarium. Mnie ominęły, bo przecież dwa lata straciłem w wojsku - tłumaczy ks. Brząkalik.

    Buciki, że hej!

    Jolanta Kopiec, dyrektor śląskiego ogrodu zoologicznego, po drugim roku studiów na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu trafiła do fabryki obuwia w Bydgoszczy. - Studiowałam wówczas handel zagraniczny - wspomina Jolanta Kopiec. - Pamiętam, że uczelnia miała listę przedsiębiorstw, w których mogliśmy odbywać praktyki zgodne z naszym kierunkiem studiów czy tematem pracy magisterskiej. Studentów przyjmowano raczej chętnie, moja firma opłacała zakwaterowanie, odebrałam też jakieś wynagrodzenie - wspomina.

    Praca w fabryce obuwia wcale nie była lekka. - Przeczołgano nas przez wszystkie działy, od finansowego, po produkcyjny i sprzedaży. Naprawdę nikt się nie nudził - śmieje się.

    Co władza postanowi

    Obowiązkowe praktyki ominęły śląskiego kuratora oświaty. Kurator Marian Drosio studiował historię w latach 1966 - 1971 na UMCS w Lublinie.

    - Pamiętam doskonale tamte czasy, interwencje milicji na uczelni, zamykanie studentów, a także przyczyny wprowadzenia praktyk robotniczych. Po wydarzeniach 1968 roku praktyki miały być pewnym działaniem reedukacyjnym w stosunku do młodzieży akademickiej. Władza mówiła do studentów: "Macie poznać, czym jest praca, a nie buntować się" - tłumaczy Marian Drosio. - Dla ówczesnej władzy młodzi, którzy występowali przeciwko niej, byli tylko zdemoralizowaną młodzieżą, która zachłysnęła się dobrobytem. Dlatego praktyki miały młodych sprowadzić do pionu, żeby czasami się im znowu w głowach nie poprzewracało - dodaje.


    Dzisiejsi studenci nawet nie wiedzą, co to była studencka praktyka robotnicza (SPR). W latach 70. każdy młody człowiek po pozytywnie zaliczonych egzaminach wstępnych był kierowany na tzw. miesięczną praktykę zerową. Co ciekawe, praca ta w ogóle nie była związana z wybranym kierunkiem studiów.

    Praca nie ominęła również studiujących na wyższych latach. Po pierwszym lub drugim roku młodzi ludzie byli kierowani do kolejnych zakładów pracy. Z tym, że te drugie praktyki niekiedy były lekko zbliżone do ich przyszłych kwalifikacji, zawodów czy tematów pracy magisterskiej. Często zdarzało się bowiem, że studenci trafiali na budowy, tworząc brygadę robotniczą i zajmując stanowiska robotników niewykwalifikowanych.

    Według ówczesnych koncepcji władz praktyki miały zbliżyć przyszłych inżynierów i magistrów do problemów, z którymi boryka się klasa robotnicza. W oczach dzisiejszych pięćdziesięcioparolatków były marnotrawstwem czasu i zapewnieniem zakładom pracy taniej siły roboczej w okresie urlopowym.

    Sonda

    Czy nasi chłopcy w Korei strzelą jakiegoś gola?

    • Strzelą, ale sami sobie (32%)
    • Nie strzelą żadnego gola (32%)
    • Mogą powalczyć o awans (21%)
    • Niejednego, jeszcze wyjdą z grupy (15%)