Autor: Kinga Czernichowska

2017-02-10, Aktualizacja: 2017-02-14 16:00

To coś więcej niż gra. To siła internetu!

Internet szturmem podbijają gracze tacy, jak Blowek, reZigiusz czy Stuu. Ich poczynania śledzą w sieci miliony fanów, a oni mają status gwiazd i udzielają się nie tylko w internecie. Występują w popularnych programach telewizyjnych, prowadzą akcje charytatywne i własne sklepy. Na czym polega fenomen "gamerów"?

W Rankingu Polskich Youtuberów pierwsze miejsce zajmuje SA Wardęga (prawie 3,5 miliona subskrypcji), dalej jest AbstrachujeTV (prawie 2,6 miliona). Kolejne miejsca należą już jednak do graczy (lub jak ktoś woli - "gamerów") - których youtube'owa działalność polega przede wszystkim na pokazywaniu, jak się gra i w co warto grać. Ale nie tylko.

Ci najpopularniejsi udzielają się już nie tylko w internecie. Stuu zamieszkał niedawno w katowickiej galerii Silesia City Center, a reZigiusz zbierał pieniądze dla chorych dzieci i pracował z ekipą programu "The Voice of Poland".

© SZYMON STARNAWSKI / POLSKA PRESS

Blowek

Pierwszy milion i dobra prezencja

Blowek (zobacz kanał) ma dopiero 18 lat i prawie 2,5 miliona subskrypcji na YouTubie. Był jednym z pierwszych graczy, którym udało się przekroczyć milion subskrypcji na tej platformie. W wywiadach twierdzi, że w dalszym ciągu uwielbia grać, ale jego głowę coraz częściej zaprząta vlog. Z jednej strony trudno uwierzyć, że zaczynał cztery lata temu od "Minecrafta". Z drugiej - to właśnie "Minecraft" był "grą-zjawiskiem", cieszącym się tak dużą popularnością, że dzięki niemu najlepsi gracze osiągnęli status internetowych gwiazd - celebrytów w świecie gier.

Blowek ma dziś też swój sklep w sieci i program "Blow Star", w którym przeprowadza wywiady z różnymi ludźmi (dostępny na platformie Veedo.pl, która należy do TVN-u).

- Blowka kojarzę przede wszystkim stąd, że przeprowadził wywiad z seniorką, Bogusią Bodziarek, która uwielbia grać w gry, także w Playstation. Ale młodzi ludzie doceniają "gamerów" zupełnie za coś innego - mówi Przemysław Staroń, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. - Przede wszystkim za dystans do siebie i... dobrą prezencję. Taką, jaką powinno się mieć w telewizji.



Według psychologa, YouTube to taka telewizja dla młodych. - Oni nie włączają odbiorników telewizyjnych, wystarczy im internet. Ale przecież tych vlogerów nikt by nie oglądał, gdyby nie byli przystojnymi, atrakcyjnymi i przebojowymi młodymi mężczyznami - dodaje Przemysław Staroń.

© LUCYNA NENOW /Polska Press

Stuu zamieszkał w Silesia City Center. Spotkanie z fanami

Drugi z wyżej wymienionej trójki - Stuu - udziela się w sieci jako Stuu Games, ale fanom znany jest również jako Polski Pingwin, bo pod tą nazwą zaczynał karierę youtubera. Ale jak każdy, on również chciał pracować na swoje nazwisko (naprawdę nazywa się Stuart Kluz-Burton - przyp. red.) i przemianował swój kanał właśnie na Stuu Games.

Dziś ma na YouTubie ponad 2 mln 200 subskrypcji. Co ciekawe, jak przyznaje w wywiadach, sam jest tylko twórcą, rzadko ogląda filmy innych youtuberów, bo nie ma na to czasu. Przygotowanie filmu i montaż to wielogodzinna praca. Stuart z vloga zrobił swój biznes. Teraz jest nie tylko youtuberem, ma również swój sklep z odzieżą. Można w nim kupić skarpetki, bluzy, dresy i koszulki - wszystko czarno-białe, z grafiką typową dla Stuu.



Na działalności "gamera" nie poprzestał również reZigiusz, 19-latek pochodzący z Wodzisławia Śląskiego. Podobnie jak Stuu ma swój sklep internetowy, w którym do kupienia są: koszulki, bluzy i kubki. Z czasem przestał być jedynie "gamerem", a stał się vlogerem.

- Długo uważałem, że nagrywanie vlogów nie jest dla mnie i że nie będzie ich u mnie na kanale. Zwróciłem jednak uwagę na prośby pojawiające się w komentarzach pod filmami, w mailach, które dostawałem od widzów lub w rozmowach z nimi przy rozmaitych okazjach - mówi reZigiusz. - Widzowie są dla mnie bardzo ważni i staram się, by treści publikowane na moim kanale odpowiadały ich potrzebom. Dlatego pewnego ranka pojechałem do sklepu po drona i to był impuls, by zacząć nagrywać swojego pierwszego vloga. Chciałem pokazać widzom znającym mnie przede wszystkim z "gamingu" nieco inną stronę mojego życia - dodaje.

Gry to nie jedyna pasja reZigiusza. Nastolatek lubi aktywnie spędzać czas i podróżować. - Moją największą pasją, zaraz po "gamingu", jest Enduro - przyznaje. - Widzowie we vlogach mają okazję towarzyszyć mi podczas moich wypraw, czy to w terenie, czy za granicę. Zabrałem ich już na Euro do Francji, Chorwacji czy ostatnio - do odległej Boliwii na Rajd Dakar.

Vlog jest dla niego odskocznią od codzienności, urozmaiceniem formatu filmów publikowanych na YouTubie. reZigiusz dzieli się w nim, tak jak znane gwiazdy, swoim prywatnym życiem z fanami. I nie ma przed tym obaw.

- Razem z moimi widzami tworzymy wielką społeczność, więc chciałbym pokazać im jak najwięcej z mojego życia. A dzieje się w nim dużo. I to na tyle fajnych rzeczy, że nie chciałem ich zostawiać tylko dla siebie. Twórca nie może pozwolić sobie na to, by na jego kanale wiało nudą
- tłumaczy vloger. - Panujące trendy szybko się zmieniają, a co za tym idzie - oczekiwania widzów względem youtubera. Moim zadaniem jest być o krok lub nawet dwa kroki do przodu, by treść filmów na moim kanale była zawsze atrakcyjna.


© LUCYNA NENOW /Polska Press

reZigiusz w Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach

Pokaż kawałek swojego życia

Zdaniem Przemysława Staronia to właśnie fakt, że vlogerzy pokazują w sieci część swojego życia, jest ich mocną stroną.

- Dzięki temu stają się dla młodych ludzi wiarygodni i autentyczni. Dla przedstawicieli pokolenia "Z" (ludzi urodzonych po 2000 r. - przyp. red.) nic nie liczy się tak bardzo jak autentyczność. Pewnie dlatego, że dziś rozumieją, że istotne są emocje, a nie to, jaki kierunek studiów kończą. I tacy są też "gamerzy". Oni pokazują, że ich życie to nie tyko gry. Opowiadają o swoich pasjach: podróżach, zainteresowaniach i to przyciąga - twierdzi Przemysław Staroń.




Oczywiście to, co prezentują vlogerzy, jest w pewnym sensie kreacją - sprawiają wrażenie zabawnych i rozrywkowych, a w wywiadach z dziennikarzami niejednokrotnie przyznają, że przejmują się np. "hejtem".

- Na pewno niektórzy są też zakompleksieni, mają swoje słabości. Prezentują się jako zabawni i rozrywkowi, ale nie wiemy, jacy są naprawdę. I nigdy nie będziemy tego wiedzieć - mówi Staroń.

Lekka, przystępna forma

Wystarczy przypomnieć innego znanego youtubera - Włodka Markowicza, który odkąd odciął się od Lekko Stronniczych, pokazał w sieci swoje zupełnie inne, bardziej wiarygodne i autentyczne oblicze. Oblicze, w którym nie ma tak wiele rozrywki, jest za to refleksja nad samym sobą.

- Każdy twórca szuka swojego sposobu na to, by się wybić. Włodek Markowicz stworzył "Kropki", które trafiają do ludzi autorefleksyjnych. Tych, którzy analizują. Ale "gamerzy" to zupełnie inna grupa youtuberów. Oni mają zabawiać. Młodzi ludzie nie są dziś głusi na wartości, ale w internecie częściej wybierają to, co przystępne i podane w lekkiej, przyjemnej, wręcz zabawowej formie. Teraz pozostaje wierzyć, że będą się jednak pojawiać i tacy youtuberzy jak Włodek Markowicz, którzy udowodnią, że świat to nie tylko dobra zabawa - dodaje Staroń.

Moc youtuberów

Dzięki ogromnej popularności "gamerzy" mogą zrobić wiele dobrych rzeczy i angażować się społecznie. reZigiusz zorganizował akcję charytatywną, w której zaapelował do fanów o pieniądze na rzecz pomocy dzieciom z Wojewódzkiego Szpitala Rehabilitacyjnego w Jastrzębiu Zdroju. Liczył na kilka tysięcy, w sumie udało się uzbierać 138 tys. złotych.

© LUCYNA NENOW /Polska Press

Fani na spotkaniu z youtuberami w Silesia City Center

- W ubiegłym roku zorganizowaliśmy drugą akcję charytatywną o nazwie „Rezimy Dobrem”. Była to już nieco większa akcja, w ramach której w ciągu 24 godzin zebraliśmy ponad 320 tys. złotych, które pomogły dzieciom z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach - dodaje reZigiusz. - Dzięki pomocy ludzi, którzy kupili ubrania i opaski sygnowane nazwą akcji, zostanie wkrótce wybudowany specjalny, rehabilitacyjny plac zdrowia i zabawy.
Moc youtuberów jest duża, lecz moc drzemiąca w całej społeczności, działającej we wspólnym, szczytnym celu, jest jeszcze większa - dodaje.



Kanały youtubowe "gamerów" mają ogromną oglądalność. Dlaczego młodzi ludzie z takim zaangażowaniem śledzą w sieci, jak gra się w gry, zamiast samemu zasiąść przed komputerem i zanurzyć się w wirtualny świat, w którym można mieć przecież kilka żyć? Iza „9kier” Pogiernicka, streamerka i redaktorka magazynu "CD-Action", znajduje na to wytłumaczenie.

- Wyróżniłabym trzy główne grupy osób oglądających to, jak grają "streamerzy", transmitujący na żywo oraz youtuberzy, publikujący wideorecenzje i filmy z fragmentami gry. Widzów porywa osobowość i poglądy gracza albo próbują się od niego czegoś nauczyć lub sprawdzić grę przed zakupem - mówi Iza. - Pierwsza kategoria dotyczy wyrazistych postaci, których rolą jest w największym stopniu zapewnianie widzom rozrywki i którzy nieraz urastają do rangi internetowych celebrytów. Druga jest szczególnie częsta w przypadku najpopularniejszych tytułów, zwłaszcza gier turniejowych, ogrywanych przez profesjonalistów, bo w e-sport, czyli cyfrowe zmagania na szczeblu lokalnym i międzynarodowym, sponsorzy pakują grube miliony dolarów. To trochę tak, jakbyś miał możliwość oglądać ulubionego piłkarza nie tylko na boisku, ale również w czasie treningu - dodaje.

Jej zdaniem, w tym ostatnim przypadku "streamy" i wideorecenzje pełnią tradycyjną rolę, którą kiedyś spełniały wyłącznie pisma branżowe – pozwalają obejrzeć fragmenty gry i na tej podstawie zadecydować, czy warto ją kupić, zwłaszcza, że gry wysokobudżetowe nieraz kosztują ponad 200 zł.


© Materiały prasowe

reZigiusz

Być przewodnikiem w grze

To, że popularność "gamerów" wciąż rośnie i to zaskakująco szybko, tak jak liczba subksrypcji na YouTubie, nie dziwi również reZigiusza.

- Niektórzy, paradoksalnie, nie lubią grać w gry komputerowe, ale podobają się im zabawnie zmontowane filmy
z gier, wzbogacone o komentarz youtubera. Drugim powodem, dlaczego ludzie tak lubią oglądać różne serie z gier, są powody techniczne: obecnie gry komputerowe wymagają profesjonalnego sprzętu, na który nie każdy może sobie pozwolić. Sam ostatnio wymieniałem komputer, żeby sprostać wymaganiom najnowszych pozycji - mówi reZigiusz.

I dodaje: - Wydaje mi się, że obecnie gry dają bardzo duże pole do popisu graczom – można przechodzić je na wiele sposobów, w wielu trybach. Niektóre oferują także więcej niż jedno możliwe zakończenie, co czyni każdą rozgrywkę niepowtarzalną. Wielu twórców zachęca swoich widzów do aktywności, by oni sami mieli realny wpływ na przebieg serii z gry i właśnie to poczucie, że ma się wpływ na treść kanału, przyciąga widzów i sprawia, że chcą zostać na dłużej.

Kinga Czernichowska, dziennikarka wroclaw.naszemiasto.pl i gazetawroclawska.pl

Zdjęcie główne: materiały prasowe

Autor: Kamil Pik

2017-02-07, Aktualizacja: 2017-02-10 11:36

Tango zdarza się w objęciach ramion

- Pan Zenon, który w kapciach szura sobie po domu, w tangu staje się zupełnie kimś innym, jakby wyrwał się z iluzorycznego pudła, w którym tkwił przez lata. Tango jest tu istnym wehikułem czasu - mówi Kamila Jezierska, tancerka, choreografka, instruktorka tańca, wielokrotna laureatka festiwali tanecznych i teatralnych, członkini The Icelandic Association of Professional Dancers, trenerka rozwoju osobistego, a prywatnie zwolenniczka radowania się.

Janusz Milanowski: W pięknym filmie „Tango” Carlosa Saury mężczyźni mówią do kobiet: „nie mogę bez ciebie żyć”. Czy tango jest takim wołaniem od Niego, do Niej?

Daleka jestem od tego, żeby tak uważać.

"Tangere" po łacinie znaczy "dotykać". Dla mnie to choreografia ludzkich namiętności: tango miłości, tango nienawiści, ostatnie tango, tango noturno, tango pożegnania, tango muerte... Długo można wymieniać.

Tango mówi: "chcę spędzić z tobą czas"... Zaczyna się od cabeseo - spojrzenia partnera i partnerki na siebie. Wyobraź sobie... Milonga, czyli wieczorek tangowy, piękna duża pałacowa sala, urzekające dźwięki starego tanga i dwoje ludzi odnajduje się wzrokiem. Ona patrzy na niego, on na nią i w ten sposób poprzez tłum mówią do siebie: "Tak, chcę spędzić z tobą czas".
Tango zaczyna się od spojrzenia. Gdy kobieta nie odwróci wzroku, mężczyzna podchodzi bliżej... Wtedy ona wstaje i zaczynają tańczyć tandę, czyli trzy lub cztery utwory trwające około 12 minut. To jest magia.


To znaczy, że tango zaczyna się od niewypowiedzianego porozumienia dusz.

Można tak powiedzieć...



Tak to widzę.

No i tak się zaczyna tango. Stajesz naprzeciwko niej i nie wiesz, co będzie dalej. To, co dla mnie jest najbardziej fascynujące w tangu, to powrót do takich klasycznych ról społecznych. Mężczyzna powraca do swojej siły, jest tym, który opiekuje się partnerką, dba o nią, zabiega, zaprasza. A kobieta ma chwilę, by odpuścić ten korowód, który ciągnie często sama przez życie. I przez tandę jest z nim i tańczy dla niego.

Ale mężczyzna musi napierać w tańcu?

Nie powiedziałabym „napierać”. Mężczyzna, jak to mężczyzna, jest konsekwentny, stanowczy, ale nie brutalny. On prowadzi i proponuje. Im bardziej doświadczony tancerz, tym więcej będzie dawał przestrzeni partnerce na odpowiedź. Będzie pozwalał jej błyszczeć, a nie tylko sięgać po swoje. To tak, jak w życiu.

I teraz myślę, że chodzi o coś więcej niż „chcę spędzić z tobą czas”.

Wiesz co, tango to jest tango, a życie to życie. Dwanaście minut na parkiecie trzeba oddzielić od tego, co jest poza nim. To taniec towarzyski. Niezależnie więc od tego, jak cudowną tandę przeżywa kobieta, to i tak wraca potem do swojego partnera.

Kiedy jest cudownie?

Gdy zamyka oczy, gdy czuje tylko partnera i nie liczy się nic wokół.

Zamknęłaś kiedyś oczy?

O, tak (śmiech). Często zamykam oczy, by tańczyć i się w tym zatracać, a nie oceniać, myśleć i się przez to blokować. Trzeba wiedzieć, że podczas milongi tańczy się tandy. Tanda to trzy, cztery tanga, które partner tańczy z partnerką i w złym tonie jest to przerwać. Raz, gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że partner mi dziękuje. "Jak to? Przecież to dopiero pierwsze tango!?" - powiedziałąm. "Nie Kamilo, czwarte"… - odpowiedział.

Odpłynęłaś...

Absolutnie.

Zamknąć oczy, żeby bardziej czuć partnera... Coraz bardziej wydaje mi się to zmysłowe.

Mój przyjaciel mówi o tangu tak: "ja tańczę dla partnerki, partnerka tańczy dla mnie". To wyraźnie wskazuje na różnicę, kiedy jest tylko wykonanie i technika, czyli kompletnie nic się nie dzieje. A zupełnie inaczej jest, gdy partnerka jest z tobą. To jak z dotykiem; możesz po prostu położyć komuś rękę na ramieniu albo zrobić to tak, żeby nawiązała się więź.


© Janusz Milanowski



Jak długo tańczysz tango?

Tańczę w ogóle prawie ćwierć wieku. A tango na poważnie zaczęłam w 2007 r., kiedy wyjechałam do Islandii. Na początku trudno mi było znaleźć pracę w zawodzie tancerki lub nauczyciela tańca, a potrzebowałam ruchu dla siebie. Z przyjaciółką chodziłyśmy tam na milongi. Tak poznałam odpowiednich ludzi i w końcu zaczęłam nie tyle uczyć tanga, co opracowywać ćwiczenia ruchowe, które poprawiają motorykę ruchu w tangu. Poznałam też Ozgura Demira, tangero na światowym poziomie, który obecnie robi karierę międzynarodową - pokazy, warsztaty, seminaria. On mnie uczył tanga, a ja uczyłam go tańca współczesnego. Do Islandii wyjechałam na trzy miesiące, a spędziłam tam cztery lata.

Ucząc tylko tanga, czy coś jeszcze robiłaś?

Nie. Byłam dyrektorem wydziału tańca współczesnego w jednej ze szkół w Reykjaviku i choreografem islandzkiej kadry łyżwiarstwa figurowego na lodzie. Uczyłam też tańca współczesnego, choreografii i kompozycji. Występowałam, tworzyłam.

A potem były Indie?

Tak. W pewnym momencie, tam w Islandii, zbudziłam się z taką świadomością, że jestem w kraju, gdzie czuję się bardzo bezpiecznie, mam pracę, mieszkanie, świetnych przyjaciół, zostałam zaproszona do Związku Tancerzy Zawodowych na Islandii, co było dla mnie dużym wyróżnieniem i zaczęłam mieć poczucie, że jest dla mnie zbyt bezpiecznie. "I co? - pomyślałam sobie. - Pewnego dnia obudzę się z dwójką dzieci i mężem u boku w miejscu, które wiem, że nie jest moje". Otworzyłam komputer i kupiłam bilet do Indii.

Uciekłaś od wszystkiego, co zdołałaś zbudować?

Tak… Wtedy przeraziło mnie to, że miałabym gdzieś osiąść, zatrzymać się… Niespokojny duch nadal chciał gnać, doświadczać, zmieniać… Mój świat nagle zaczął migać jak w kalejdoskopie, wszystko się nagle przetasowało i nie pytaj o szczegóły. Nauczyłam się, że bez względu na to, ile tysięcy kilometrów się przejedzie, to i tak znajdziesz się w tym samym miejscu, które właśnie opuściłeś. Może sceneria inna, i aktorzy nie ci sami, ale role i schematy identyczne.

Hindusi tańczą tango?

Wyobraź sobie, że tak! Dla mnie niesamowite było to, że dotyk w Indiach nie jest czymś takim jak w Europie. Patrzyłam na moich studentów i zastanawiałam się, jakie bariery wewnętrzne muszą pokonać, żeby tańczyć w objęciach.

Jako nauczycielka tańca przeżyłaś dwa skrajne doświadczenia kulturowe.

W Islandii siedmiolatki mówiły do mnie na „ty”, bo tak tam jest. W Indiach moi rówieśnicy i starsi ludzie zwracali się do mnie per „mam”, czyli z angielska „proszę pani”. Nauczyciel traktowany tam jest prawie na równi z Bogiem. Uczyłam swoich studentów także masażu, bo po ośmiu godzinach pracy tancerza jest to niezbędne. Demonstrowałam to na chłopaku, zaczynając od masażu stóp, które w hinduskiej kulturze są „nieczyste”, i raczej się ich nie dotyka, chyba, że na znak uniżenia, szacunku. Po lekcji ów student, nota bene z kasty Braminów, czyli kapłanów, przyszedł do mojego kantorka i powiedział, że bardzo źle się czuje z tego powodu, że dotknęłam jego stóp. Uklęknął i poprosił o błogosławieństwo. Położyłam dłonie na jego głowie, wtedy on dotknął moich stóp, podziękował i wyszedł. Mnie, jako nauczycielowi, Indie otworzyły nową perspektywę, nowe spojrzenie na uczenie innych.



O czym powinienem myśleć, zaczynając naukę tanga?

Przede wszystkim o tym, żeby się bawić, a nie oceniać siebie - bo to zabija przyjemność. Jeśli potrafisz chodzić, to przy odrobinie chęci i wytrwałości nauczysz się tanga. Mało tego, nie trzeba mieć stałego partnera by tańczyć tango, tu każdy tańczy z każdym, jeśli oczywiście chce. To tylko trzy kroki: do przodu, do tyłu, w bok i piwot (obrót) oraz nieskończona ilość ich kombinacji.
Pamiętaj, że tango to jest to, co się zdarza w objęciach ramion, a nie to, co widzą ludzie z zewnątrz.


Zdążę jeszcze błysnąć w karnawale?

Wystarczy klika lekcji, żeby już zacząć się tym tangiem bawić.

Naprawdę? Mówisz coś bardzo fajnego, bo przeciętny Kowalski swoje wyobrażenie o tańcu czerpie z „Tańca z gwiazdami”. Dla mnie to jest cyrk i zawody sportowe, a każdy Polak na weselu po którejś secie „trzyma ramę”.

Dokładnie! Z jednej strony, te programy spopularyzowały taniec, a z drugiej - stworzyły jakiś chory mit o tym, czym on jest. I to jest smutne… Tango wymyślili prości ludzie, którzy po prostu chcieli się bawić. Nie wymyślili tanga choreografowie czy baletmistrze - to taniec ludu, efekt spotkania różnych kultur na emigracji. Taniec ma być przyjemnością.

Kowalski chce sprawić żonie przyjemność i zapisze się na tango, nie musi robić sto brzuszków dziennie.

Oczywiście, że nie musi! Ale może. (uśmiech)

A czego może się spodziewać?

Tango, ze względu na pozycję ciała, daje facetowi więcej pewności siebie. Mężczyzna w tangu jest wyprostowany, z mocno wypiętą klatką, ale obejmuje delikatnie. Tango uzewnętrzni jego męstwo, jeśli gdzieś je zagubił, przypomni, że ma być szarmancki i dbać o kobietę, a nie przepraszać, że żyje lub siłą, dyktatorsko forsować swoje racje. Gdy powtarzam swoim uczniom: „wyprostujcie się”, to widzę, jak ich twarze stają się bardziej pociągające, pewne siebie i atrakcyjniejsze.
Pan Zenon, który w kapciach szura sobie po domu, staje się zupełnie kimś innym, jakby wyrwał się z jakiegoś iluzorycznego pudła, w którym tkwił przez lata. Tango jest tu istnym wehikułem czasu… Zmieniając w ten sposób nawyki ciała, otwieramy to, co gdzieś, kiedyś zamknęliśmy w sobie. To piękny widok, gdy mężczyzna staje przed kobietą i porywa ją pewnością siebie, a nie siłą.


Mówiłaś, że to powrót do tych klasycznych ról społecznych.

Mężczyzna prowadzi, a my za nim podążamy i czasami to jest jedyny moment w życiu, kiedy możemy za nim podążać, bo całą resztę ogarniamy często same.

Feministki powinny bojkotować tango.

Jak chcą? Wyobrażam sobie, że rozsądna feministka powie jak moja babcia: "mądra kobieta potrafi tak pokierować sytuacją, żeby mężczyzna myślał, że to wszystko to jego pomysł" (uśmiech). Kobiety mogą czerpać olbrzymią przyjemność z tego, co robią ze sobą przed milongą, to istny rytuał; kiedy dobierają sukienkę, buty, robią makijaż, a wszystko po to, by błyszczeć. Panowie z kolei dbają o siebie, nakładają perfumy, żeby podobać się partnerkom. Dlatego twierdzę, że jest to powrót do dawnych porządków, ale dobrych porządków.
Jestem samodzielną kobietą, ale uwielbiam, gdy mężczyzna otwiera przede mną drzwi i o mnie dba. Mądra kobiet wie, że nie powinna zmieniać opon w samochodzie.

Tango nam o tym przypomina?

Tango to sposób spędzania wolnego czasu - podkreślę jeszcze raz. Ale rzeczywiście - przypomina. Tango to takie subtelne rejestry.

Rozmawiał Janusz Milanowski

Autor: Mariola Szczyrba

2017-02-10, Aktualizacja: 2017-02-10 15:17

Para chłopaków z Polski weźmie ślub dzięki hejterom

Jakub i Dawid, para, która zasłynęła własnymi teledyskami do piosenek Beaty Kozidrak czy Roxette, weźmie w tym roku ślub na portugalskiej Maderze. Tamtejszy urząd stanu cywilnego postanowił zrobić wyjątek i zrezygnować z części wymaganych zazwyczaj od obcokrajowców dokumentów. Skłoniła go do tego skala homofobii i hejtu, z jaką para gejów zetknęła się w Polsce. Z Jakubem Kwiecińskim rozmawialiśmy m. in. o prezencie ślubnym od zespołu Roxette, atakach w sieci i Beacie Kozidrak.

Dostaliście niedawno w prezencie ślubnym szampana od samego Pera Gessle z zespołu Roxette. Byliście zaskoczeni?

To wszystko było dla nas ogromnym zaskoczeniem. Miesiąc temu dostaliśmy zaproszenie, żeby wręczyć nagrodę na QX GayGala w Sztokholmie (impreza organizowana przez magazyn "QX", podczas której wręcza się nagrody członkom społeczności LGBT i tym, którzy ich wspierają - przyp. red.). Zostaliśmy tam zaproszeni jako goście honorowi. Strasznie boję się latać, więc miałem wątpliwości, czy w ogóle brać w tym udział. Powiedziałem do Dawida: "Po co my tam lecimy? Przecież w Szwecji nawet pies z kulawą nogą się nami nie zainteresuje!" Ostatecznie jednak się zdecydowaliśmy. Na scenie byliśmy strasznie zestresowani. W pewnym momencie pojawił się na niej Per z Roxette z butelką szampana i życzeniami dla nas z okazji ślubu. Cała sala wstała i biła nam brawo. Byliśmy bardzo wzruszeni.

To było Wasze pierwsze spotkanie z Perem? Wiem, że zespołowi bardzo spodobał się Wasz teledysk do ich piosenki.

Tak, to było nasze pierwsze spotkanie. Po wręczeniu nagród przez 20 minut rozmawialiśmy z nim i z jego żoną w garderobie. Przekazał nam serdeczne pozdrowienia od Marie, wokalistki Roxette, z którą niedawno rozmawiał. Nie mogliśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Emocje były ogromne.



I jak ona się czuje? Z powodu stanu jej zdrowia zespół zdecydował się niedawno zawiesić działalność.

Per mówił, żeby się o nią nie martwić, że jest OK. Zdecydowali się zawiesić działalność Roxette, bo Marie po prostu nie może się forsować.

Zostaliście też zaproszeni do udziału w nowym klipie Roxette.

Tak, zespół poprosił, żeby fani z całego świata (w tym również my) przysłali do nich fragmenty swoich teledysków. Moim zdaniem nie wyszło to tak super, jak sobie wyobrażaliśmy, ale klip jest już w sieci.



Wasza popularność rozpoczęła się latem ubiegłego roku od nagrania własnego teledysku do utworu Roxette. Pokazaliście w nim, że jesteście parą. Nie żałowaliście, że klip ujrzał światło dzienne i stał się takim hitem?

Ta nasza przygoda z teledyskami kręci się już pół roku. A wszystko zaczęło się przez przypadek, na wakacjach nad Bałtykiem. Kiedy klip do piosenki Roxette pojawił się na YouTubie i zaczął żyć własnym życiem, napisało o nim wiele zagranicznych portali. Zaczęliśmy dostawać gratulacje i pozdrowienia z różnych stron świata. Za granicą pomyśleli, że Polska jest tolerancyjnym krajem. Ale kiedy napisały o nas rodzime media, zalała nas fala hejtu. "Geje do gazu! Szkoda, że nie ma już obozów koncentracyjnych" - takie komentarze to jeszcze pół biedy, bo pojawiły się też pogróżki, że "oni nas znajdą i załatwią", żeby nasi sąsiedzi dali im znać, gdzie mieszkamy, itd. Były też oskarżenia, że jesteśmy oszustami i tylko udajemy gejów. To było chyba najgorsze.



Nie załamało Was to?

Załamało. Któregoś dnia przyszedłem do domu, a Dawid siedział przy komputerze zaryczany i czytał te wszystkie koszmarne komentarze.

Ale mimo to nie usunęliście klipu z sieci.

Kiedy przechodziliśmy największy kryzys, pomógł nam Robert Biedroń. Napisał do nas na Facebooku, żebyśmy się nie przejmowali. Powiedział, że trzyma za nas kciuki. Powiedziałem wtedy do Dawida: "Pomyśl, co on musiał przejść przez te wszystkie lata. Ale dał radę, więc my też damy". I tak klip został w sieci. W takich chwilach człowiek dowiaduje się, na kogo naprawdę może liczyć.

Twoim rodzicom nie spodobało się, że zrobiliście taki publiczny coming out.

To prawda. Oni nigdy nie byli szczęśliwi z tego powodu, że jestem gejem. Mówili, że Dawid to świetny chłopak, ale nie jako mój partner.
Pochodzę z małego Żyrardowa i dla rodziców mój związek z chłopakiem to jest wstyd. Bo przecież, "co ludzie o tym powiedzą". Kiedy w sieci pojawił się nasz pierwszy klip, przestali ze mną rozmawiać. Na szczęście rodzice Dawida bardzo nas wspierają. Jego mama pojawiła się nawet w naszym teledysku.


A jak zareagowali znajomi?

W większości bardzo pozytywnie. Niektórzy radzili, żeby dla naszego dobra wyciąć z klipów uściski czy pocałunki. "Ale wtedy to nie będziemy my" - odpowiedziałem. Nie chcemy nikogo szokować, tylko pokazać, że jesteśmy normalnymi ludźmi i też mamy prawo do miłości. Wiemy, że Polska nie jest jeszcze na to gotowa, ale może małymi krokami uda się coś zmienić.

Dostajecie od ludzi maile z wyrazami wsparcia, podziękowaniami?

Przychodzi kilkadziesiąt takich maili dziennie. Piszą do nas ludzie z całej Polski, że dodaliśmy im odwagi albo, że pokazali nasze klipy rodzicom i bardzo im się spodobały. To nakręca nas do działania. Morda się uśmiecha.



Nakręciliście też teledysk do piosenki „Niebiesko-zielone” Beaty Kozidrak, która udostępniła go na swoim Facebooku. Przy okazji jej też dostało się od hejterów.

Ten teledysk też powstał przez przypadek, dla żartu. Pojechaliśmy z Dawidem odpocząć do Włoch i ktoś nam podesłał płytę Beaty. Posłuchaliśmy utworu „Niebiesko-zielone” i spontanicznie nakręciliśmy do niego klip. Potem z sercem na ramieniu zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie zrobiliśmy pani Beacie krzywdy. Bo my już trochę byliśmy przyzwyczajeni do tego hejtu, a ona? Taka gwiazda! Wysłałem maila do jej menadżerki z pytaniem, czy nie żałują, że udostępnili nasz teledysk. Odpowiedziała, że nie i że pani Beacie klip bardzo się spodobał, a komentarzy hejterów nie czyta. Ma do tego dystans. My się tego jeszcze uczymy.

Postanowiliście jej podziękować.

Chcieliśmy pokazać, że ona też zrobiła coś ważnego. Zorganizowaliśmy w sieci akcję pod hasłem "Beata, dziękujemy!", która polegała na tym, że ludzie udostępniali swoje zdjęcia z takim właśnie tekstem. Odzew był bardzo pozytywny. W akcji wzięło udział 2 tys. osób, więc w całej tej sprawie jest też happy end.

Staliście się rozpoznawalni. Portale określają Was mianem "sławni geje". Nie przeszkadza Wam to?

Faktycznie, zdarza się, że ludzie nas rozpoznają, np. ostatnio ktoś chciał sobie zrobić z nami zdjęcie na lotnisku. Szczerze powiem, że jestem już po trzydziestce i mam dystans do tego całego celebryctwa. "Sławni geje" - nie cierpię tego! Niczego wielkiego nie zrobiliśmy, nie jesteśmy gwiazdami. Ale m. in. dzięki temu wszystkiemu udało nam się załatwić zgodę na nasz ślub na Maderze. Chociaż wnerwia mnie, że tyle jest z tym wszystkim zachodu.

© archiwum prywatne


Zanim opublikowaliście swój pierwszy teledysk w sieci spotkaliście się z jakimiś przejawami homofobii? W codziennym życiu?

Nigdy jakoś specjalnie nie afiszowaliśmy się z tym, że jesteśmy gejami. Nie nosiliśmy tęczowych ciuchów, nie całowaliśmy się publicznie. Oczywiście zdarzało się, że ktoś nas wyzwał od pedałów, ale poza tym nic złego nas nie spotkało. Chociaż muszę przyznać, że w tej kwestii widać różnicę między Polską a np. taką Szwecją. W takim Sztokholmie można się całować w tramwaju i nikogo to nie dziwi. Nie mówię, że chciałbym to robić non stop, ale tam czuje się po prostu wolność. Na ulicach jest pełno "freaków". I to jest piękne.

W jednym z wywiadów opowiadałeś, że ktoś kiedyś chciał cię leczyć z homoseksualizmu...

Kiedyś nie byłem szczęśliwy z tego powodu, kim jestem. W liceum miałem nadzieję, że homoseksualizm mi przejdzie. Przez rok miałem nawet dziewczynę i źle się z tym razem czuliśmy. Zaproponowała, żebym poszedł do lekarza, że może da się to wyleczyć. Po jednym spotkaniu psycholog stwierdził: "Nie ma szans, jesteś gejem i to ci nie przejdzie. Tego się nie leczy!" Natura wygrała. Potem, na studiach, znajomi zaprowadzili mnie do pewnej siostry zakonnej, która też miała mnie uleczyć. Nic z tego nie wyszło.

Z czasem wszystko się jednak zmieniło, poznałeś Dawida i dziś jesteś szczęśliwym człowiekiem.

To prawda. Teraz nie chciałbym niczego zmieniać. Jak się człowiek zakochuje, to świat wydaje się lepszy.


© archiwum prywatne



Gdzie się poznaliście?

Poznaliśmy się z Dawidem w klubie, przez znajomych. Jesteśmy parą już prawie osiem lat.

Kto się komu oświadczył?

Nie było takich klasycznych oświadczyn jak u heteroseksualnych par. Samo tak jakoś wyszło. W przypadku ślubu dwóch chłopaków to poważna sprawa, wymaga mnóstwa zachodu, dokumentów... Najpierw chcieliśmy wziąć ślub w Sztokholmie, ale nam odmówili, bo nie dostaliśmy w Polsce zaświadczenia o możliwości zawarcia małżeństwa, które jest wymagane za granicą. Taką samą odpowiedź dostaliśmy z urzędu na Maderze. Wtedy nasza koleżanka, która mieszka w Portugalii, dowiedziała się, że w wyjątkowych sytuacjach mogą tam odstąpić od tej procedury. Opisała naszą sytuację w Polsce, falę hejtu, która na nas spłynęła i urząd stanu cywilnego zgodził się dać nam ślub. Jakby na złość hejterom.

Macie już termin?

Mam nadzieję, że to będzie czerwiec lub lipiec. Musimy jeszcze załatwić wszystkie dokumenty, przetłumaczyć je u tłumacza przysięgłego, zdobyć wymagane pieczątki... Potem pojedziemy osobiście na Maderę i złożymy podpisy.

A macie już plan, jak Wasz ślub będzie wyglądał?

To będzie bardzo kameralna uroczystość. Na miejscu będzie nam towarzyszyć tylko moja siostra i rodzice Dawida. A potem w Sandomierzu, gdzie się poznaliśmy i gdzie jeździmy co roku jak te emerytki, zaplanowaliśmy wesele. Tam już będzie więcej gości.

Czego Wam zatem życzyć na nowej drodze życia?

Żeby w medialnych nagłówkach przy tekstach o naszej parze nie pojawiało się słowo "geje". Na początku nas to bolało: "Dlaczego nie piszą po prostu para chłopaków? Geje od razu wzbudzają sensację" - mówiliśmy. Teraz już wiemy, że geje lepiej "się klikają".
A nam się marzy, żeby geje byli w Polsce codziennością. I żeby ten ślub na Maderze był też kiedyś ważny w naszym kraju. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy politycy tak bardzo boją się związków partnerskich. Przecież to nie oznacza, że jedna posłanka PiS-u będzie musiała od razu poślubić inną! Dlaczego oni wchodzą z butami w nasze życie?! Dlaczego przeszkadza im to, że inni są szczęśliwi?


Życzę Wam zatem spełnienia marzeń. I dziękuję za rozmowę.

Mariola Szczyrba, dziennikarka naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: archiwum prywatne